sobota, 6 czerwca 2015

Jak przekonać 6 milionów ludzi do obejrzenia video na YouTube?


Chyba każdy z nas przynajmniej raz w życiu marzył o sławie na YouTube. Dziś zdradzę Wam jak to zrobić i odpowiem na pytanie zadane w tytule.

Ja sama kiedyś chciałam zostać vlogerką, ale mam do siebie chyba za mało dystansu. Zresztą bałabym się porażki, bo po co być gwiazdą, która pod swoim debiutanckim filmikiem ma kilkanaście wyświetleń… nabitych przez siebie samą?



czwartek, 4 czerwca 2015

Movvie mówi: “Cześć!”

WENA I OCHOTA POSZŁY SIĘ GDZIEŚ
“Gdzieś Ty kretynko była?” – rzuciłabym z ochotą do weny, albo z weną do ochoty, gdyby obie nie przepadły mi jakoś rok temu. Mogłam przetrwać ten kryzys, ale nie lubię robić czegoś wbrew sobie, a jeszcze bardziej udawać, że wcale nie robię tego wbrew sobie. Więc pisać przestałam. Proste. Bo prawdą jest, że gdy przyjemność przestaje dawać nam radość to zaczyna być obowiązkiem. A przed obowiązkami należy uciekać.

“Obowiązek rozpoznasz po tym przede wszystkim, że nie pozostawia ci on prawa wyboru.”
Antoine de Saint-Exupéry

Ja nie widziałam wyboru, dlatego…


środa, 28 maja 2014

TVN i Sony coś kręcą, czyli absurdalna FilmOFFka Bodo Kox’a

Jak na prawdziwą studentkę dziennikarstwa przystało telewizor spełnia w moim pokoju funkcję ozdobną. I wcale nie jest mi źle ze świadomością, że to pudło stojące w rogu pokoju nie było włączane od pięciu miesięcy, a wszystkie informacje znajduję w sieci. Tak, należę do pokolenia, które rozpoczyna dzień od kawy i dobrej muzyki. Daleko mi zaś do wysłuchiwania (pseudo)dziennikarskiego bełkotu uchodzącego z programu śniadaniowego, bo czułabym się z tym jak Łona:

A to dziewczę w TV? Ja jej nie znam, ale zna ją naród.
Tak wdzięcznie opowiada o trudach pracy w serialu.
Jest śliczna, kiedy tak uroczo plecie
o poprzednim mężu i następnym filmie, i obecnej diecie,
i że w zasadzie jest szatynką, chociaż w sumie lekko blond.
Wyłączyłbym to, ale pilot tak daleko stąd,
więc posłucham jakich w kuchni używa naczyń.

Do pewnego momentu twierdziłam, iż nic w materii telewizji śniadaniowej już mnie nie zaskoczy. Serio, wszędzie wałkuje się ten sam schemacik – dwoje prowadzących, stół, kanapa, ktoś przypala kurczaka w kuchni, ktoś wygina się na macie (bo bycie fit jest teraz modne), słodka pogodynka, reporter odwiedza gwiazdę w domu i wypytuje o historię dywanu w salonie, czasem Pieńkowska zrobi wiochę. Ogólnie nuda, niektóre wykłady na mojej uczelni dostarczają więcej rozrywki.

Jednak przyznaję się do wyciągnięcia pochopnych wniosków - niedawno wpadłam na fajną serię realizowaną przez telewizję TVN we współpracy z firmą Sony (lokowanie produktu a także sprawy sponsorskie są rozwiązane baaardzo subtelnie, dobra robota!). Musicie to koniecznie zobaczyć!


poniedziałek, 5 maja 2014

Jak zrobić dobre #selfie?

Weszłam do dużego pomieszczenia. Z lamp sączyło się intensywne światło rażące oczy. Idąc w tamtym kierunku doskonale wiedziałam co zastanę – pot, krzyki, przepychanki, ślady krwi na jasnej podłodze… nie, to były ślady czerwonej szminki. Tak, oto trwają wyprzedażowe walki przy półkach w drogeriach - pożywka tylko dla wytrwałych, walecznych oraz naprawdę zdeterminowanych. Walka, bo w całym sklepie jest jedno lustro dla dziesiątek kobiet, które w jednej chwili pragną zobaczyć swoje odbicie z zajebiście czerwoną pomadką na ustach (w efekcie i tak dochodzą do wniosku, że ten kolor podkreśla ich żółte uzębienie oraz kłóci się z karnacją).
Oto widzę scenę rodzajową – ładna blondynka maluje swoje usta szminką po czym układa je kilkakrotnie w dziubek, wtem z słuchawek wybrzmiewa mój absolutny hit ostatnich tygodni:


Stojąc już w kolejce nadal ją obserwuję. Jestem święcie przekonana, że za sekundę wyjmie telefon i zrobi sobie #selfie, ale niestety. Mimo to czerwone mazidło oraz klubowa łupanka zainspirowały mnie do nowej serii postów, w których zdradzę Wam:

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Fetysz podglądania - inspiracja prosto z YouTube

483584c6408511e3a9dd22000a9e29a7_8Przez długi czas nie mogłam wyjść z podziwu, jak to się dzieje, że najbardziej poczytnymi gazetami codziennymi w naszym kraju są Fakt i Super Ekspress. Zawsze zastanawiało mnie dlaczego ludzie w ogóle sięgają po te tytuły skoro większość informacji jest wyssana z palca, a język, jakimi pisane są artykuły woła o pomstę do nieba. I tak jak w poniedziałkowy wieczór można dostać jeszcze w osiedlowym sklepie Wyborczą, czy Rzepę, to już o 9 rano na próżno szukać tam brukowców - schodzą tuż przed świeżymi bułeczkami.

A wszystko przez instynkty

Wiesz co wspólnego mamy ze sobą ja, Ty i Twoja sąsiadka, która codziennie rano do szklanki ciepłego mleka z kożuchem kartkuje Fakt? Łączy nas coś, co mieli nasi przodkowie setki, a nawet tysiące lat temu - ciekawość. Podglądanie drugiego człowieka leży naszej naturze, to instynkt, którego nie zabiły wojny, kryzysy, ani rewolucja technologiczna. Ba, postęp tylko ułatwia zaspokajanie tej potrzeby.

Co mi dziś pokażesz?

Wertowanie tablicy znajomego na Facebooku to prawie jak czytanie Super Ekspressu i nawet nie różni się bardzo od tego, co znajdujesz w brukowcach – większość informacji jest zmyślona, bo każdy buduje w Internecie obraz idealnego siebie wrzucając historie wyssane z palca. Jednak dopóki jesteś Panem/Panią swojej tablicy to Ty codziennie wybierasz dramaty, którymi dzielisz się ze znajomymi – możesz rzucić jak bardzo nie lubisz poniedziałków, a nawet, że sąsiadka słucha po raz dziesiąty płyty Modern Talking. Ale co, jeśli mógłbyś opowiedzieć o tym samym całemu światu? Gdybyś miał nagrać film z jednego dnia swojego życia? Gdybyś był w stanie zaprosić do swojego świata miliony ludzi? Mogłeś, nie zaprosiłeś tego, więc teraz jesteś jednym z podglądaczy…

czwartek, 17 kwietnia 2014

Nie musisz truchtać z Pitbullem – muzyczne inspiracje do biegania

IMG_7526Każdy człowiek ma chyba taką czynność, której nienawidzi z całego serca. Jedni nie znoszą myć naczyń, inni gotować, a kolejni robić zakupów. Ja lubię walczyć z przeciwnościami i dlatego kilka tygodni temu postanowiłam przełamać swój paniczny strach oraz ogromną niechęć do… biegania.
Podobno by osiągnąć wyznaczony cel należy zacząć od małych kroczków, więc jako spec od rozwlekania wszystkiego najpierw podziwiałam tych, którzy ścigali się z moim tramwajem o siódmej rano, albo truchtali nocą po ciemnych uliczkach (nocą w Łodzi? wariaci!). Ostatecznie przyjęłam do wiadomości – umiem biegać, tylko jeszcze tego nie wiem. I nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak szybko porzuciłam myślenie: “to jest ultranudne” przekonując się, że przebieranie nóżkami (nawet na bieżni) może być przyjemne. Wystarczy mieć ze sobą dobrą muzykę. I tutaj przyznaję - na mojej liście odtwarzania początkowo królował Pitbull, ale po czasie uzupełniłam ją bardziej “swoimi” kawałkami. Z tej okazji pomyślałam, że podzielę się Wami tym, przy czym biega się najprzyjemniej na świecie - obojętnie, czy wybieracie sprint po ulicy, czy do lodówki lub na autobus. Miłego truchtania!

środa, 12 marca 2014

Ich pierwszy raz przed kamerą, czyli refleksja o FIRST KISS

Wyobraź sobie, że wchodzisz do poczekalni na dworcu autobusowym. Jest tam kilka plastikowych krzeseł ustawionych po to, by strudzeni podróżą mogli położyć swoje zmęczone torby, albo ewentualnie usiąść. Bolą Cię nogi, więc postanawiasz przycupnąć sobie, aż Twój środek lokomocji zostanie wywołany przez pracownicę dworca. Na jednym z siedzeń odpoczywa pasażer X, reszta jest wolna. Zgaduję, że nie usiądziesz tuż obok tamtego człowieka i zachowując należyty dystans skłonisz się ku krzesłu na drugim końcu. Mam rację?

piątek, 7 lutego 2014

Czapka “Żulerka”? Nie, dziękuję. Wolę marznąć

4e4855d8fec611e2a0bf22000aa80261_7Nie poznali jej, nie mieszkali tu, a i tak rzucają krzywdzące porównania do amerykańskiego miasta bankructwa. Ci, którzy dali jej szansę, zostali, przywykli, a jedynie od czasu do czasu plują sobie w brodę, że jednak to ona. Za każdym razem, gdy o niej wspominam twierdzą, że nie można jej pokochać, bo jest patologiczna, brzydka, szara - nawet wiosną. Oddałabym wiele, by móc im pokazać jak bardzo się mylą, ale nie mam tyle pieniędzy, a także czasu, by upić każdego z nich i oprowadzić po Łodzi. Sami pewnie dobrze wiecie - po alkoholu miłość to tylko kwestia czasu…
Może właśnie dlatego jest ich tu tak wielu? Nie uciekają, bo przywykli, a po kilku głębszych z samego rana są wstanie obdarzyć ją miłością? Po alkoholu jesteśmy do nich podobni, też ledwo trzymamy się na nogach, niczego się nie boimy, chociaż różni nas jedno - my mamy marzenia oraz plany na przyszłość, a oni poddali się dawno temu, gdy z jakiejś przyczyny trafili na ulicę.
Wiem, że brzmię patetycznie i górnolotnie, ale z pewnego powodu nie umiem powiedzieć: “każdy jeden człowiek, który chodzi tamtymi ulicami, spędza życie na ławce w parku i podchodzi prosić o pieniądze jest mi zupełnie obojętny”, bo nie jest, i to bardzo.

wtorek, 14 stycznia 2014

Być kobietą, być kobietą… czyli o płci pięknej w popkulturze

Od kilku lat przed rozpoczęciem każdego roku akademickiego trwa wielka propaganda szkół technicznych stojących otworem przed płcią piękną. I wiecie zawsze chce mi się śmiać na widok wielkich bilbordów z dziewczynami z sąsiedztwa szczęśliwych, że na robotyce, albo innej mechanice odnalazły sens swojego życia. Mimo to codziennie rano (co-dzien-nie!) podziwiam kobiety, które taszczą na uczelnię teczki większe od siebie, a w czasie, w którym ja przypomnę sobie jak włącza się komputer, one zdołają rozebrać na części telewizor i złożyć z niego pralkę. Oczywiście nie oszukujmy się, że to perspektywa wspaniałych zarobków, albo zamiłowania do nauk ścisłych pcha wszystkie delikatne istoty w paszczę technicznych placówek…
To, że nadmiar testosteronu na wydziale bywa zabójczy wiedzą nawet najbardziej zagorzałe entuzjastki matematyki, które tak jak ja wybrały jednak mniej zobowiązujący kierunek humanistyczny, by swój czas wolny od nauki poświęcić na sprzątanie, gotowanie, prasowanie, przewijanie dzieci, szydełkowanie… (Zaraz, przecież ja tego wcale nie robię?!)

Media lubią się karmić tematami-samograjami. Ostatnio do aborcji, in vitro oraz antykoncepcji dołączył rozdmuchiwany gender. Dziś jednak będzie o jednej stronie medalu, czyli o współczesnych kobietach.

rrtwew

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Przedświąteczna spina? Mikołaja wina!

naglowekGdy słyszę magiczne hasło “święta” w mojej głowie pojawia się wspomnienie corocznej bójki o wylizywanie garnka z masy serowej, kłótnia o to, kto powiesi pierwszą bombkę na drzewku oraz testowanie wytrzymałości świątecznych ozdób na terakocie (poprzedzone wizytą domokrążców nawracających na jedyną słuszną drogę wiary).
Spokojnie, nawet jeśli nie wyszorowaliście jeszcze sedesu, kabiny prysznicowej oraz fug pomiędzy kafelkami, ale zdążyliście przewrócić choinkę, potłuc najpiękniejsze bombki tudzież połamać wszystkie gałązki zanim spaliły się ostatnie choinkowe lampki, to i tak najgorsze jeszcze przed wami. Z okazji napięcia przedświątecznego życzę wam, żeby wszystko minęło szybko… bezboleśnie, a farmakologiczne uspokajacze nie były potrzebne (:


wtorek, 10 grudnia 2013

Czym zagłuszyć święta, czyli folkowe kawałki, które uśmiercą nawet Wham!

mojastudenckachuinkaMoje próby uwolnienia się od przedwcześnie świątecznego nastroju przebiegają niepomyślne. Nie wiem, czy to z powodu śnieżnego Ksawerego, współlokatorki zakochanej w hicie Mariah Carey, czy też przez ludzi, którzy ciągle gadają mi o chuinkach, ale na mojej (zielonej) ścianie zawisły już światełka, a pomarańcza nadziała się goździkami (nie mam wątpliwości, jestem godną następczynią Marty Stewart… no dobra Gosi Rozenek).
W centrach handlowych totalnie zatrzęsienie - dzieci siadają na kolanach u czerwonych dziadów z piwnymi brzuchami, a ich rodzice zastanawiają się jak wytłumaczyć kilkulatkowi, to że po drodze do galerii minęli przynajmniej trzech Mikołajo-przebierańco-naciągaczy, przemieszczających się MPK (a nie saniami ciągniętymi przez Rudolfa). Całą atmosferę zakłopotania podgrzewają świąteczne piosenki, których mam już serdecznie dość (Sinatro, Bublé - nienawidzę was z całego serca)… I dlatego słucham pseudo-folkowych kawałków, będących po części ich substytutem. Melodie rodem z Podhala niosą w sobie zimę, nawet jeśli ich twórcy mieszają etniczne rytmy z gorącym elektro.


czwartek, 28 listopada 2013

Technika stop motion, czyli animacje, które pokochasz od pierwszej klatki

anigif2

(Poniższy, nieco dadaistyczny post składa się z 63 słów będących niegdyś nagłówkami trzech numerów “Przekroju”, za którym tęsknię)

czwartek, 21 listopada 2013

Bzdurna reklama radiowej Trójki

tumblr_m9owr0JIb21rrd00ko1_1280dLudzie lubią podążać za trendami. Nie wmawiajcie mi, że tak nie jest! Gdy widzę co drugą osobę na ulicy ubraną w ten sam model butów myślę sobie: “może ze mną jest coś nie tak?”. Jednak mimo takich tendencji coraz powszechniejsza staje się moda na minimalizm. Ludzie ochoczo  ograniczają ilość posiadanych i kupowanych rzeczy do kilkudziesięciu przedmiotów - jedni z własnej woli, inni z przymusu spowodowanego kryzysem,  bezrobociem, albo pójściem na studia. O ile uszczuplenie swojego dobytku do magicznej stówki w moim przypadku jest abstraktem, to gdzieś tam w środeczku cichutko szlocham, gdy ginie mi czwarta para skarpetek, albo trzeci tydzień szukam niebieskiej bluzki. I tak, zazdroszczę ludziom, których meblościanki nie uginają się pod naporem lakierów do paznokci, biżuterii, ciuchów, butów oraz różnych pierdół niewiadomego pochodzenia. Tym zaś, którzy mają jedną parę majteczek, nieco mniej.
W kwestii życia codziennego nauczyłam się funkcjonować z chaosem, a wielość przedmiotów wokół właściwie mi nie przeszkadza. Jednak jeśli chodzi o szeroko pojętą kulturę - kocham minimalizm. Ten mały dysonans wprawia mnie w duchową równowagę, dlatego joga, czy medytacja są zbędne. Ale wracając do meritum…
Zawsze popadam w totalny zachwyt, gdy forma zostaje uszczuplona do absolutnego minimum, prosty przekaz trafia w samo sedno, tym samym działa ze zdwojoną siłą. Skręca mnie z zazdrości, że kreatywność ludzi operujących okrojoną formą może być tak inspirująca. A jeśli te zabiegi zastosowane są w reklamie... skręca mnie POTRÓJNIE.

wtorek, 19 listopada 2013

Przepraszam polskie kino

34956_140539259308856_1085749_nNa pewno wiecie jak to bywa, gdy w dzieciństwie się do czegoś zrazimy i później trudno nam się do tego przemóc. Przed laty byłam młodą Otylią Jędrzejczak, ale pewnego dnia jakiś frajer na basenie prawie mnie utopił. Teraz panicznie boję się pływać, bo jestem święcie przekonana, że mogłabym utonąć w szklance wody. Podobnie przeżyłam seans “Big love”, po którym przez kilka miesięcy słysząc zbitek słów “polska produkcja” dostawałam dreszczy. Białowąs skutecznie zatopiła moją miłość do wszystkiego, co stworzono w kraju miodem i Wisłą płynącym, aż kupiłam bilet…



Obiecywali mi, że będę ryczeć - nie ryczałam. Emocje przegrały z próżnością, gdyż ostatecznie nie pozwoliłam sobie na uszczerbek w makijażu. Ale było blisko. Przyznam otwarcie, dawno nie widziałam na ekranie niczego równie autentycznego, dawno żadna ludzka historia nie sprawiła, iż nie mogłam zebrać myśli, dawno nie szukałam swojej szczęki na podłodze sali kinowej  (zaprzeczam pomówieniom, jakoby miałaby to być sztuczna szczęka!). Oj dawno…

sobota, 16 listopada 2013

Polscy artyści, którzy nie dali dupy tej jesieni

xdBardzo dobrze pamiętam swoje dzieciństwo, zwłaszcza czasy ukradkowego wynoszenia na dwór najbardziej drogocennego skarbu rodzinnego – Walkmana. Nie zwracając uwagi na to, czy za chwilę w uszach zagra mi Edyta Geppert, Andrzej Zaucha, Czerwone Gitary, czy nagranie z sesji psychologicznej mojej mamy (gwoli ścisłości: ona - psycholog, pacjent – pacjent) byłam ogromnie podjarana faktem, że mogę słuchać wszystkiego, dosłownie wszędzie. Zakładałam słuchawki  i szłam przez osiedle mijając pryszczate twarze zazdrosnych dzieciaków…

(Dygresja - któregoś razu odkryłam, że wartość rzeczy upuszczonej na asfalt jest wprost proporcjonalna do ilości dni, przez które nie będziemy chcieli siadać na własnym tyłku…)

Dzisiaj już nikogo nie dziwi fakt, że idąc ulicą mijamy dziesiątki ludzi słuchających muzyki. Czasami rzadki obrazek człowieka koło siedemdziesiątki trzymającego w ręku Walkmana wywołuje uśmiech i ochotę by przewinąć taśmę przy pomocy ołówka. Po chwili namysłu przychodzi jednak refleksja - ulubiona kaseta Krzysztofa Krawczyka zawiera jedynie ułamek jego twórczości, a w naszym telefonie mieści się cała dyskografia.

Muszę się wam do czegoś przyznać. Bardzo długo ukrywałam ten fakt, ale wreszcie nastał odpowiedni moment, by wyjawić prawdę… (Wdech, wydech, wdech, wydech…) Bo ja yyy… nie przepadam za polskimi artystami. Liczba ich piosenek na mojej liście odtwarzania jest pewnie równie znikoma, co ilość dresów w lakierkach podczas Marszu Niepodległości. Nie wiem, czy to kwestia tego, że słysząc po raz wtóry nowy kawałek o księżniczce i księciu mam ochotę emigrować jak najdalej stąd, ale naprawdę rzadko sięgam po nowości z naszego poletka i zdecydowanie łatwiej zakochuję się w zagranicznych piosenkach.

Jeśli cierpicie na podobną przypadłość i szukacie świeżych inspiracji prosto z kraju płonącej tęczy, to dobrze trafiliście. Tej jesieni odnalazłam kilka przyjemnych kawałków, którymi chce się z wami podzielić…

Dawid Podsiadło jest przykładem, że po X Factor wcale nie trzeba się sprzedać, żeby ktokolwiek czekał na nasz nowy kawałek.


niedziela, 10 listopada 2013

Pieniądze dają szczęście, ale nie dają marzeń

1234991_535825256471398_1447168592_nBędąc małym dzieckiem trwałam w przekonaniu, że gdy odwracam wzrok moje zabawki ożywają. Czasami wbiegałam do pokoju, żeby złapać je na gorącym uczynku i chociaż nigdy nie potwierdziłam mojej teorii na miarę Einsteina, to nadal wyobrażałam sobie, że mają magiczną moc. Wieczorami układałam je na podłodze, żeby nie musiały schodzić z półek po ciemku. Później dorosłam…
W świecie ludzi poważnych, których wolność zaczyna się dziesiątego każdego miesiąca, a kończy wraz z ostatnią parówką w lodówce, bardzo rzadko jest czas na marzenia. Wszystko przeliczamy na pieniądze, bo to one napędzają rzeczywistość. Bez kilku cyfr na koncie bankowym stajemy się nerwowi i słusznie, bo dzięki nim w  możemy mieć niemal wszystko -  począwszy od emocji, na relacjach skończywszy. Jednak nawet w czasach, w których bez sławy, czy fortuny jesteśmy tylko “jedynymi z” nikt nie wmówi mi, że do marzenia potrzeba nam konta w banku…

czwartek, 7 listopada 2013

Co ma raper do kampanii społecznej? “Wyloguj się do życia” z Sokołem w tle

Przychodzi nocą, gdy najmniej się tego spodziewają. Mąci w głowach, czasem ogłupia, doprowadza do łez, strachu, śmiechu, pobudza pragnienia. Dotyczy młodych i starych, tych, którym żebra przebijają się przez obcisłe koszule oraz tych, których topy szyte są z namiotów cyrkowych. Dosięga biznesmenów, strażaków, kierowców, hydraulików, a także studentów. Tak, śnimy wszyscy…
Pewnie wy też macie taki sen, który męczył was dawno temu, ale nawet dziś, na samo wspomnienie zwijacie się do pozycji embrionalnej. Ja mam – kilka tygodni wstecz Morfeusz zabrał mnie do szkoły...
Gdy w 1999 r. reformowano polski system oświaty i postanowiono zlikwidować ośmioklasowe podstawówki z pewnością nikt nie przypuszczał, że właśnie powstaje największy potworek edukacyjny jaki ludzki umysł mógłby sobie wyobrazić - gimnazjum. Nie wiem, czy to kwestia buzujących hormonów, kwaśnych deszczy, tudzież buntu małolatów wobec wszystkiego, ale znalazłam dla tego miejsca bardziej adekwatną nazwę - “dzicz” (sami przyznajcie, brzmi całkiem zgrabnie – “W Polsce młodzież kończy dzicz i idzie do liceumalbo Wiesz, chodzę do dziczy”).
Nazwa ta jest nieprzypadkowa, bo mimo, iż od czasów rzucania plecakami przez okno upłynęło kilka lat (kilka…), to zdaję sobie sprawę, że dotarcie do gimnazjalistów bywa trudniejsze, aniżeli przedarcie się przez rozkopane centrum Łodzi w godzinach szczytu.

Jak więc trafić do pokolenia smartfonów z reklamą społeczną?
Ten człowiek o przyjemnym głosie, który każe ci wyłączyć komputer to Wojtek “Sokół” Sosnowski, jeden z najpopularniejszych polskich raperów (praprawnuk Stanisława Wyspiańskiego – tak, tego od “Wesela”).

niedziela, 3 listopada 2013

Gorąca atmosfera z misiem w tle, czyli o nowej kampanii społecznej MŚ

7415091.3Ludzie w swoim życiu robią nieświadomie bardzo wiele rzeczy – zabierają do domu ołówki z Ikei, nie kasują biletów w komunikacji miejskiej, nie płacą abonamentu radiowo-telewizyjnego, albo nadużywają zaimka osobowego “Tobie”. Pół biedy, jeśli nasza nieprzytomność objawia się jedynie nadprogramowo ciężką torebką z zalegającymi na jej dnie drewnianymi pisakami opatrzonymi szwedzkim logo, tudzież gdy mamy poważny problem z poprawną polszczyzną i śmiało moglibyśmy robić za dublerkę jednej z głównych bohaterek najbardziej żałosnego serialu prosto z Warszafki. Nasz problem nieświadomości staje się problemem dopiero kiedy Stanisław Tym mówi do nas z czarnego pudła byśmy rozważnie (nie romantycznie) korzystali z kaloryfera, a my siedzimy z pokrętłem na szóstce oraz otwartym na oścież oknem, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, jak wielcy ekologiczni frajerzy z nas wyrośli…


sobota, 12 października 2013

Filmowa zgaduj-zgadula dla wzrokowców

Jak dobrze, że nie jestem blogerką modową… Gdyby mnie zapytano o pokaz Schleswiga i Holsteina odparłabym, iż projektanci toną wraz ze swoją najnowszą kolekcją, a ich militarne dodatki przejadły się dwa sezony temu. Byłabym fatalną szafiarką ze względu na częstotliwość dodawania postów, więc tuż po zdjęciach w totalnie letniej stylizacji (sfotografowanej na Costa del Manu) pojawiłyby się te, na których w wełnianych skarpetach oraz białych kozaczkach biegnę przez park Poniatowskiego, albo karmię tamtejsze wiewiórki.  Wiem, brzmi zachęcająco (lub zniechęcająco). Póki co zostaję przy starej formule, a wytrwałym, czekającym od ponad miesiąc na moje blogowe marudzenie należy się odpowiednie powitanie…